Koronawirus a biznes muzyczny

Sprzedaż płyt spada, kolejne imprezy zostały odwołane. A co z Polish Hip-Hop Festival?

Pojedyncze koncerty, wielkie i niewielkie eventy odpadają. Części z nich na razie nie będzie i nie wiadomo, kiedy ponownie zawitają do terminarza. Sprzedaż kompaktów i winyli leci na łeb na szyję, tracą nawet streamingi (nawet kilka procent w dół), co teraz teoretycznie powinno je jeszcze mocniej promować. Pandemia namieszała wszędzie, paraliż dotknął wszystkich. W tym momencie najbardziej interesujące jest to, co stanie się za kilka miesięcy i czy w ogóle w 2020 roku uda się jeszcze coś zorganizować. Wśród największych imprez, które wciąż stoją pod znakiem zapytania jest oczywiście Polish Hip-Hop Festival, ale o nim kilka wersów niżej.

Wszędzie odwoływane są masowe wydarzenia. Organizatorzy podjęli decyzje o zawieszeniach bądź przesunięciach swoich imprez, jak np. Coachelli, która być może odbędzie się jesienią (specjalnie piszę „być może”, bo cholera wie, jak to będzie wyglądało). Tauron Nowa Muzyka także został przesunięty – na koniec sierpnia. Jak niedawno donosił Popruntheworld, ludzie stojący za South by Southwest 2020, klasycznej imprezy otwierającej cały sezon, przyznali, że nie byli ubezpieczeni na wypadek epidemii i będzie to ich kosztowało dziesiątki milionów dolarów. Doprowadziło to do zwolnienia ok. 30 proc. pełnoetatowych (!) pracowników. Duński Roskilde (w tym roku na miała się odbyć jubileuszowa, 50. edycja) również się nie odbędzie, podobnie jak innego kultowy festiwal, czyli Glastonbury. Koronawirus dotyka największych, nie bierze jeńców. Aż strach pomyśleć, co się dzieje teraz w głowach organizatorów mniejszych imprez, dla których kilka cyklicznych, weekendowych koncertów w sezonie letnim przynosi dochód na cały rok.

Rozmawiam z wieloma osobami. Zarówno z organizatorami, jak i managerami. Na pytanie „jak wygląda sytuacja”, które zadałem jednemu z przedstawicieli tych drugich, mającego w swojej kieszeni kilku uznanych polskich raperów, otrzymałem krótką odpowiedź – „no pizda”. Wulgarnie, ale idealnie oddające stagnację i zastój w całej branży.

Sprzedaż płyt też nie idzie, pomijając tych największych. Zamknięte są Empiki, czyli najwieksza sieć dystrybucji w kraju, a Media Markt, zaczynający działać z częścią asortymentu nawet na Allegro, nie zapewnia swoim ecommerce takiego dotarcia do ludzi, nie mówiąc już o mniejszych pośrednikach i tych, którzy sprzedają płyty samodzielnie. Prosto wyprzedaje płyty (tak, jeszcze coś tam mają na stanach) od 15 zł, a Stoprocent zaczyna już od 7,50 zł. To tylko dwa luźne przykłady z naprawdę wielu, ale poza naszym krajem jest podobnie. Mello Music Group co chwilę robi promocje na stronie internetowej i Bandcampie (który w marcu na jeden dzień zawiesił nawet pobieranie prowizji od artystów, tylko po to, żeby im pomóc w tych trudnych czasach), a dosłownie przed chwilą obniżył cenę części swojego katalogu o 25 proc.

Inny przykład. Artyści sprzedają resztki nakładu, pojawia się zainteresowanie na kolejne egzemplarze, ale tych… nie ma gdzie wytłoczyć. Albo nie działają tłocznie, albo trzeba nadzwyczaj długo czekać w kolejce. Trafiają więc między młot a kowadło.

Próbują sobie radzić również ci, którzy zdecydowali się wydać płytę w tym okresie. Kilku artystów zwróciło moją uwagę swoim sposobem działania, ale najbardziej rzuciła mi się w oczy akcja niejakiego Mniha. Raper z Kłodzka, dostarcza swój świeżo wydany debiutancki album Change osobiście. Warunek jest jeden – dowiezie go sam w obrębie 40 km. Każdy stara się jak może. Zaraz ktoś powie, że takie rzeczy w dużych miastach nie są niczym szczególnym, ale dolnośląskie miasto ma raptem 27 tys. mieszkańców. A wokół niego wielkich aglomeracji nie ma, więc lokalny rynek nie daje aż takich możliwości. Każda sprzedana sztuka jest na wagę złota.

Dla większości artystycznego środowiska, najważniejsze jest jednak to, co będzie działo się z koncertami, czyli ich głównym źródłem dochodu. Tutaj, oprócz „potencjalnej”, jesiennej trasy koncertowej, kiedy rynek będzie głodny koncertów, kluczowy może okazać się… Polish Hip-Hop Festival. Zacznę jednak od przytoczenia fragmentu niedawnego wywiadu na łamach Rytmów z Marcinem Siwkiem i Dominikiem Dziecinnym, organizatorami płockiej imprezy.

rytmy.pl

Czy jesteście przygotowani na scenariusz, że zakaz imprez masowych potrwa do sierpnia? Co wtedy?

W tym momencie ciężko określić nastroje jakie będą panowały wśród społeczeństwa za kilka miesięcy. Oczywiście mamy w zanadrzu alternatywne rozwiązanie, ale należałoby to raczej traktować jako substytut festiwalu. W grę wchodziłby jeden z dużych polskich obiektów, byłoby to jednodniowe wydarzenie.

Dostajemy wszyscy, ale nie poddajemy się. Napiszę krótko – pracujemy cały czas nad ósmą edycją Polish Hip-Hop Festival, wierząc że w Płocku wszystko pójdzie zgodnie z planem, mimo że dopiero co odwołano Audioriver. Kilka dni temu ogłosiliśmy pierwsze nazwiska wykonawców, m.in.: PRO8L3M, Szpaka, Kaza Bałagane, Winiego i Matę, rozpoczęliśmy też sprzedaż biletów. Co ciekawe, pierwsza pula wyprzedała się w niecałą dobę. To pokazuje co najmniej trzy rzeczy: zaufanie do marki, głód masowych imprez i wybór Płocka, jako głównego, wakacyjnego eventu.

Ostatnia teza jest odważna, to raczej moja obserwacja, ale nie bezpodstawna. Wiem, że sporo osób uzależnia swoje letnie wypady od budżetu. Wiele z nich ma do wyboru (o ile ma) tylko jeden festiwal. Pomijając o wiele droższe imprezy, jak niemiecki Splash! (już odwołany…) czy szwajcarski Openair Frauenfeld, zostają do wyboru m.in.: czeski Hip Hop Kemp, Mazury Hip Hop Festival i Polish Hip-Hop Festival. Płocka impreza przyciąga coraz więcej osób, również tych, którzy mogą pojawić się tylko na jednym evencie. Widać to po corocznych statystykach. Jak będzie teraz?

Jeśli mam być szczery, to niestety, nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie. Trochę było o tym kilka tygodni temu na Rytmach, niedługo później pojawił się kolejny wywiad, tym razem na łamach Newonce, gdzie wypowiedział się Siwek.

newonce.net

Jak dużą stratą dla was – mówimy oczywiście o kosztach – byłaby roczna wyrwa?

Oczywiście, że w sytuacjach, gdzie plany krzyżuje tzw. siła wyższa, zawsze pojawiają się straty. Aktualnie wszyscy je liczymy, my również. Staramy się jednak, aby były jak najmniejsze, gdy najczarniejszy scenariusz się ziści. Na chwilę obecną trudno jednak jest je dokładnie oszacować. Mam jedynie pewność, że straty, które poniesiemy, nie zagrożą realizacji festiwalu w przyszłym roku.

Na dokładkę zostawię jeszcze fragment wypowiedzi z dzisiejszego artykułu, który pojawił się na łamach płockiej Gazety Wyborczej.

wyborcza.pl

Marcin Siwek: Jeśli chodzi o naszych obecnych partnerów, to współpraca z nimi opiera się na umowach długoletnich, choć nie ukrywamy, że umowy z nowymi partnerami czy chociażby z miastem Płock, które dopiero miały być podpisane, trafiły do… zamrażarki. Każdy włożył ze swojej strony ogrom pracy, nasze ustalenia w obecnej chwili są wiążące. Z większością artystów jesteśmy związani umowami, z częścią dogrywamy szczegóły występów. Praktycznie codziennie kontaktujemy się z menadżerami i z samymi artystami.

Widać więc, że poważnie bierzemy pod uwagę to, że imprezy może w tym roku nie być. Koszty są olbrzymie, ryzyko też, ale głupotą byłoby odpuszczenie działań. Kluczowe mogą być tutaj dwie rzeczy, jeśli oczywiście festiwal się odbędzie. Będzie jeszcze większy niż rok temu (przypomnę, było ponad 20 tys. osób), co będzie naturalne z powodów, o których pisałem wcześniej, albo… będzie jeszcze większy niż się wydaje. Również z tych samych powodów.

Część będzie chciała się pojawić, żeby trochę się odkuć finansowo, dla innych będzie to szansa na pierwszy występ w roku, a dla pozostałych jedyna okazja na zagranie przed tak dużą publiką. A ta, będąca głodna koncertów na przestrzeni ostatnich miesięcy, musi sobie jakoś z tym wszystkim poradzić. I okazją będzie Polish Hip-Hop Festival (bądź inny event, żeby być sprawiedliwym w stosunku do całego rynku muzycznego), który zgromadzi możliwie jak największą liczbę artystów.

Można sobie też zadać jeszcze inne pytanie, skierowane do całej branży, nie tylko hip-hopowej. Czy koronawirus zniszczy festiwale? Tutaj będę brutalny w swoim osądzie, ale część z nich na pewno. Najwięksi jednak próbę powinni przetrwać. Póki co za wcześnie jest na odpowiedź, jednak kilku z prymusów powróci w zmienionej formie. Jak bardzo? To pytanie jest jeszcze trudniejsze, ale kierunek wyznaczony przez streamingi występów na YouTube, na pewno daje do myślenia.

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Zostaw odpowiedź