Kompaktowy problem. DJ-Kicks – recenzja

moodymann dj kicks

Można spędzić kilka takich samych wieczorów z rzędu i nie robić sobie z tego większego problemu. Pojawia się natomiast inny. Taki, którego nikt normalny nie mógłby się spodziewać, bo jak można nazwać normalnym kogoś, dla którego pieniądze przy wydaniu na płyty nie są najważniejsze. Dwukrotnie wydawane pieniądze na to samo, o.

Nie będę ściemniał, że znam Moodymanna od dawna. Nie, tak nie jest. Może to dziwne, ale jego twórczość poznałem dopiero trochę ponad dwa lata temu, dzięki jednemu z kolegów (pozdrawiam, MICHALE. Tak, to o ciebie chodzi). Nie jest to nadzwyczaj dużo, nie? Zasłuchując się w kolejne to nagrania typa, niemalże z miejsca poczułem bakcyl i wiedziałem, że „to jest prawie to”. Co ciekawe, to moja znajomość z Kennym zaczęła się w najlepszym dla mnie momencie. Wydawał akurat swój świetny s/t, który też z miejsca stał się moim ulubionym dziełem wariata z Detroit (może oprócz epki Soul Sounds z 1996 roku nagranej pod prawdziwym imieniem – Kenny Dixon Jr.).

moodymann dj kicks lp cdDobra, ale tamto absolutnie genialne połączenie house’u, funku i soulu z 2014 roku, gdzie swój udział zaliczyli m.in. Amp Fiddler i Bilal, może być teraz niczym w porównaniu z nowym wydawnictwem, które… najzwyczajniej w świecie wymiata po całości. Tym razem nie jest to autorski LP, pomimo tego że znalazło się tutaj kilka editów gospodarza, ale kompilacja stworzona w ramach serii DJ-Kicks, która mogłaby być przecież tematem na osobny artykuł bądź nawet książkę.

Nie będę powracał do poprzednich części wydawanych przez !K7 Records, bo i owszem, znalazłyby się pozycje, które są blisko stylistycznie do tej, ale nie w tym rzecz. Bardziej ciekawi to, co w swojej selekcji proponuje sam Dixon w porównaniu do tego, co tworzy na co dzień. Nie ma tutaj za wiele miejsca na klasyczny deep house, co jednak mnie nie martwi. Tutaj porusza się w trochę innych klimatach jak ostatnio i dla przykładu sporo miejsca poświęcił na downtempo, które rządzi w pierwszej części płyty, a jego uzupełnieniem jest kilka nietypowych strzałów, jak np. hip-hopowy Dopehead, który wpadł tutaj z „Guttah Guttah”.

O wiele ciekawiej dzieje się w drugiej części, która jest już ewidentnie bardziej rozrywkowa, a rozpoczyna się kawałkiem jego kompana z Detroit – Andrésa – by za moment przejść w jeden z disco remixów Rodneya Huntera, pierwszy house’owy edit Moodymanna oraz… akustyczne „Remain” José Gonzáleza. Kilkadziesiąt roztańczonych minut po takim „beforze” robi bardzo dobrze, tym bardziej że selekcja co chwilę zaskakuje, a wszystko kończy genialne przejście występujące przy okazji dwóch ostatnich utworów – „It’s House Music” Lady Almy oraz „Did You Ever” Danieli La Luz.

O ile sam poziom nie jest dla mnie problemem (no bo jak?), to już taki rodzi się oraz mam dziwne uczucia towarzyszące… zakupowi płyty. Przyznam, że do tej pory jej nie kupiłem, „jestem w trakcie”, i za kolejne to wieczorne odsłuchy służą mi streamingi. Mam z tym zajebisty problem, bo nie wiem na co się zdecydować. Czy kupić kompakt z 30 kawałkami, czy zdecydować się na wosk, który jest „okrojony” do 19 utworów? Na korzyść tego pierwszego przemawia fakt posiadania na pokładzie „Remain”, którego na winylu zabrakło. Cholera wie co zrobię, ale najpewniej sprowadzę z Portugalii CD, bo tam znalazłem najtaniej, a przy okazji… wosk kupię w Polsce. Taka to płyta.

9

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

1 komentarz

Zostaw odpowiedź