Każdy ma swoje disco polo. Polo House – A Look Into The Bowels Of The Polish House Underground – recenzja

va polo house

Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek tytuł posta na goodkidzie był aż tak długi. Nie przypominam sobie także, żebym kiedykolwiek miał taki problem z wystawieniem oceny końcowej. Znowu z Polakami tak wyszło.

W historii goodkida tylko (albo „aż” dla niektórych) dwie płyty otrzymały ode mnie maksymalne oceny. Jako pierwsze tego zaszczytu dostąpiło LP1 Phantoma, które oprócz swojego kozackiego poziomu jest ważne dla mnie z kilku prywatnych powodów i jest po części jakimś tam soundtrackiem do pewnych zmian poczynionych w życiu. Drugie – już bardziej naturalnie – dyszkę otrzymało To Pimp a Butterfly. To było wiadome przed premierą, że RACZEJ INACZEJ BYĆ NIE MOŻE.

Polo House – A Look Into The Bowels Of The Polish House Underground problem mam taki, że… już przed pierwszym odsłuchem wiedziałem czego się spodziewać. Wiedziałem, że każdy z „uczestników” tego projektu dostarczy jedną z najlepszych, o ile nie najlepszą, swoją rzecz. Sprawdziło się to w przypadku wszystkich i jakby tego było mało, to jeden z moich ulubieńców w ogóle – wspominany już The Phantom  ze swoim „Earth Track” – dostarczył jedną z największych imprezowych petard AD 2015.

Nie rozmieniając jednak na drobne i nie zastanawiając się do czego nadają się kawałki z Polo House, to ustalmy sobie jedno. To nie jest muzyka do tańca. Tak jak powiedział kiedyś Derrick Carter – house jest muzyką do trzęsienia tyłkami. I tutaj ta maksyma sprawdza się znakomicie, bo o ile pojawiają się refleksyjne momenty jak u Universo w „Nes Sous” (tak, tak – to jest Kixnare pod nowym aliasem, który postanowił zabawić się trochę z „dawną” miłością, którą był hip-hop i wykorzystał sample znane z „Nés sous la même étoile” IAM, a konkretniej z „Murder in the First” Chrisa Younga), są też klubowe bezprzypałowe zacięcia z „Harlem Ballroom” od Jazxing, ale również balearyczne wyczyny od Lutto Lento czy Freuxa.

„Polo house” i „baltic beat” to dwie zajebiste nomenklatury, które jeszcze może nie są powszechnie stosowane „tam” (mimo że takie Juno już tak robi, m.in. tutaj), ale wszystko jest na dobrej drodze, żeby dzięki takim kompilacjom to się udało. O ile same artykuły lub bezproblemowa dostępność polskich nagrań w sklepach takich jak Phonica czy Oye jest tylko jakąś częścią promocji rodzimej muzyki, to najwięcej robią sami artyści w ogóle nie odbiegając poziomem od reszty świata. Dalej jest to co prawda ciekawostka i unikat na światową skalę, ale świadomość bardziej kumatego zachodniego odbiorcy rośnie wraz z poziomem takiego undergroundu. Pytanie tylko na ile ci mniej znani „tam” wykorzystają swoją szansę? Selvy czy Naphta mimo swojej unikalności i wielkiej klasy jednak zawsze będą poza głównym nurtem (pytaniem jest czy też sami by chcieli tam być?), ale zabawa w rozpoznawalność a’la Mario Basanov byłaby wskazana.

Żałuję tylko jednego. Tego, że Transtlantyk nie zdecydował się wydać tej kompilacji na kompakcie. Do wyboru jest coraz ciężej dostępny winyl i cyfrowa wersja, która jednak kosztuje krocie. Ponad 50 zł za muzykę nawet takiej jakości to trochę przegięcie (od razu przypomina się sytuacja z ceną Będzie Dobrze…), z drugiej jednak strony za jakość się płaci. Zostawiam wam wybór co zrobicie, jednak radzę zainteresować się własnymi finansami. Mnie już kilkukrotnie w tym roku przez Zambona zdarzało się odpuszczać kilka przyjemności tylko i wyłącznie po to, żeby coraz mocniej i dosadniej uświadomić sobie, jaki jest mój aktualnie ulubiony label. Nie w Polsce, ale na całym świecie.

9 albo 10, zgadnijcie se

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, pijarowiec, prowokator.