Kanye West „Jesus is King”

Czy ktoś jeszcze o tym pamięta?

Szczerze? Ja nie, ale trzeba przyznać, że Jesus is King to całkiem zdolne, nieślubne dziecko rapu i gospel, które nie ma problemu ze zdaniem do kolejnej klasy, ale wielkiej przyszłości też przed nim nie ma. Fajne będą co najwyżej wspomnienia, ale zawsze byli (i są) lepsi. W moim podsumowaniu więc nie będzie.

Fragment recenzji:

Kanye West odprawia 27 minutowy rytuał, w którym pojawiają się nawet odniesienia do Ewangelii św. Jana. Nie dziwi więc, że gospelowe chórki Sunday Service Choir (a te są naprawdę świetne, zwłaszcza w otwierającym „Every Hour”) są tak samo ważne jak sam rap, i o dziwo takie połączenie całkiem zgrabnie wyszło. To sprawiło, że z każdą sekundą materiału przesłanie gospodarza ma jeszcze większą siłę oddziaływania. A najmocniejszą wtedy, kiedy artysta odkłada melorecytację na rzecz śpiewu, niekiedy mniej udanego jak w „God Is”, w którym niemiłosiernie przeciąga końcówki. Dzięki tym zabiegom wprowadza do swojego specyficznego, czasami ciężko zrozumiałego świata.

Cały tekst znajdziecie na Interii.

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Zostaw odpowiedź