Jutra już nie ma, więc co będzie dalej, Loyle?

„Bringing the south back without trap”. Taka fraza widnieje w opisie twitterowego konta Loyle’a Carnera i jest tak samo celna, jak strzały Messiego z wolnych. Ta śliczna okładka powyżej najlepiej oddaje klimat debiutanckiej płyty angielskiego MC, więc szybki i niezobowiązujący wpis o jego dziele, którego nie wolno pominąć

Całkiem niedawno jeden z moich znajomych twierdził, że Loyle Carner jest nie lada kozakiem i postacią, na którą koniecznie trzeba zwrócić uwagę w najbliższym czasie. Sprawdziłem luźne single, odnotowałem że istnieją i starałem się mieć go na uwadze. Epki A Little Late EP z 2014 roku jeszcze nie zdążyłem sprawdzić, ale chyba szybko nadrobię, bo debiutanckie LP znakomicie rozpoczęło nowy rok.

Okej, dwa wnioski. Uwierzyłem Tomkowi i potwierdzam jego słowa.

Wydawane na przestrzeni kilku miesięcy numery były naprawdę bardzo w porządku. Totalny powiew luzu i świeżości na brytyjskiej scenie z całkiem dobrymi beatami, ale przegięcie nastąpiło kilka dni temu w momencie wydania debiutanckiego LP – Yesterday’s Gone.

Znalezione na tublr. Loyle’a: http://loylecarner.tumblr.com/

Płyta momentami jest prawie tak dobra jak pierwszy mixtape Hawk House, a takie słowa z moich ust (a raczej spod klawiatury) nigdy nie biorą się przypadkiem. Owszem, nadal uważam że najlepsze co się przydarzyło w ostatnich latach w brytyjskim rapie to nieistniejące już wspomniane londyńskie trio (o których szerzej napiszę na dniach, bo ciągle nie mogę wyjść z podziwu!), ale chciałbym się na chwilę skupić nad innym reprezentantem tego miasta, konkretnie z Croydon.

Fajnie to ujął „The Guardian” rozpoczynając recenzję słowami „melancholy vignettes for rainy afternoons”. Spokojny i wyluzowany materiał, pełen refleksji, momentami bardzo osobisty, ale też charakteryzujący się laidbackowym i ślamazarnym tempem. To własnie w tym leży jego siła i na pierwszy rzut te jazzujące i oszczędne miniatury mogą się wydawać robione na jedno kopyto, ale… wkręcają się. W dodatku bardzo szybko.

Dla kogo jest ten album? Domniemanych inspiracji Madlibem czy J Dillą raczej nie wyczuwam, chociaż żeby być sprawiedliwym jest tutaj kilka momentów żywcem wziętych z niektórych numerów Slum Village. Znajdą się też pojedyncze numery Rootsa Manuvy i Lewisa Parkera, ale jeśli jesteś fanem trzeciego A Tribe Called Quest, całej twórczości Ty’a i Digable Planets to jesteś w domu. Zresztą, najlepiej to sprawdzić listę występujących w londyńskim Jazz Cafe. Tam też grał Loyle, a przypadkowych osób tam raczej nie biorą.

Jutro może być twoje, bo Jehst u byle kogo się nie pojawia.

Na zachętę mój ulubiony obok „Mrs C” numer z Yesterday’s Gone.

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, pijarowiec, prowokator.