Jesteśmy nienormalni i robimy to z pasją. Wywiad z Metro

metro blunted album

Idea przeprowadzania rozmów na goodkidzie chodziła za mną od jakiegoś czasu, ale chciałem żeby ten pierwszy raz był wyjątkowy. W końcu projekt doszedł do skutku i oto przed wami moja rozmowa z być może najlepszym aktualnie polskim producentem. Metro, wcale nie pierwszy z brzegu, ale prawdopodobnie pierwszy w ogóle.

Trochę się trzeba było pomęczyć, ale warto było. Nie dość, że Metro okazał się zajebistym rozmówcą to na dodatek od kilku dni zasłuchuje się w jego najnowsze dzieło, które tak mocno namieszało na moich wstępnych końcoworocznych listach, że… A nawet wam nie będę teraz opowiadał, bo na dniach recenzja tego podwójnego wosku, a tymczasem sprawdźcie co ma do powiedzenia ten wyjątkowy na naszym podwórku beatmaker. Bon apetit.

Chyba nie byłoby ściemą, gdybym powiedział, że Blunted Album jest najbardziej oczekiwaną płytą końcówki tego roku, a przynajmniej dla tej „wyspecjalizowanej” grupy słuchaczy.

Patrząc po liczbie sprzedanych egzemplarzy w 24 godziny, to ktoś tam chyba czekał. Nie ukrywam, że jest to miłe uczucie, kiedy praktycznie bez jakiejkolwiek zapowiedzi, bez klipu, promocji pchasz cały nakład. Nawet mój człowiek Olan z All City Records w Dublinie pozazdrościł nam (QSR) takiego otwarcia.

Pierwszym pytaniem chciałem połączyć kilka fraz w jeden paradoks. „Metro jest pierwszy w Brzegu / Nie jest pierwszy z brzegu, ale pieprzyć szczegół” jak to nawijał kiedyś o Tobie Wankej, notabene na Twoim bicie. Można powiedzieć, że figurujesz poza obiegiem. Praktycznie nie ma Cię w necie, nie ma Cię w social media, a jest spore grono osób, które zawsze czeka. Na pierwszego lepszego z brzegu by się tego nie robiło, ale docieranie do informacji o Metro nie należy do najłatwiejszych. To jak to jest?

Rzeczywiście, w internetach mało mnie, to świadomy wybór. Mam konto na Soundcloudzie, kiedyś na Myspace i chyba mi wystarczy. Patrząc nawet na Blunted Album, to nie wiedziałem jakichś informacji na temat płyty. Może ktoś się odezwie, napisze, zrecenzuje jak posłucha. A paczki ruszają w przyszłym tygodniu, więc może jakieś dobre słowo będzie.

Jeszcze inny wers z tego kawałka – „W sumie niech chuj strzeli tą całą scenę”. Patrząc na ilość gości z Polski na Metroit City czy Blunted Album można odnieść takie wrażenie…

Nie wiem, z czego to wynika, ale w ostatnim czasie coraz ciężej pracowało mi się z krajowymi artystami. Niektórzy ogarniają temat mega szybko, a niektórych trzeba cisnąć milion razy, a z kolei ja osobiście nie lubię takich sytuacji. Obiecałem sobie, że nigdy więcej producenckich kompilacji w stylu Antidotum czy Antidotum 2. Za dużo pierdolenia. Choć nie przekreślam współpracy z ludźmi, których znam i szanuję. Efekty mogą być słyszalne nawet niebawem.

A chciałbyś powtórzyć sprawę z Afrontami czy Polskim Karate? Wyprodukować komuś płytę od A do Z? Albo stworzyć jakiś kolektyw? Co byś powiedział na taki soulquarianowy projekt z raperami plus wokalistką? Albo drugie Lari Fari, tylko bardziej „chore”?

Z Afrontami mamy termin na 2042 i tego się trzymamy. Mogę zdradzić, że będzie produkcja od A do Z, ale za szybko o tym mówić. Warstwa muzyczna gotowa, czekamy na liryczną, ale jeśli to wypali, to będzie śmiertelny cios w szyję, jak za czasów Polskiego Karate. Projekt ala Soulquarians może kiedyś. Z drugiej strony było Metroit City, ale bez tak dużej dawki wokali. Zobaczymy, nie mówię nie.

Nie wiem jak Ty, ale ja odnoszę wrażenie, że u nas w Polsce jest strasznie duża nostalgia za ekipami Native Tongues czy Soulquarians. „Hołdy” dla nich składane są bardzo często, czego sam nawet dałeś dowód z Metroit… Inaczej jest brzmieniem undergroundowego zachodniego wybrzeża. Mało jest projektów, które przecierają szlaki typowe dla Peanut Butter Wolfa z ekipą. Ty robisz to od dobrych kilku lat, ostatnio zdarzyło się to Grafowi.

Graf to mój człowiek i to, co ostatnio wysmażył, to głowa mała. Myślę, że jak odejdę na emeryturę, to chłopina przejmie lejce po mnie. Wiesz, stara szkoła jest bardziej przyswajalna przez wielu ludzi. Taki Madlib, Ras G, Kankick są trudni w odbiorze i naprawdę wąskie grono jara się czymś takim. Ja uwielbiam i jednych, i drugich. Tak naprawdę to szkoła Native Tongues mnie zafascynowała za szczeniaka, a słoneczna Kalifornia ukształtowała muzycznie.

A samo Blunted… – traktujesz to jako największe wyzwanie w karierze (o ile tak można nazwać Twoją przygodę z produkcją)? Pochłonęło to trochę czasu. Wszystko wydaje się dopieszczone maks.

Zwróć uwagę, że wszystkie moje LP są mega spójne. tam nie ma przypadków. Blunted… jest dopieszczone na maksa i nic bym dziś tam nie zmienił. Jest brud, trzaski i tłuste bębny. Praca nad długogrającymi krążkami sprawia mi sporo przyjemności, bez kitu. Przy Blunted… wszystkie przejścia, skity, gadki zostały przemyślane, siedziałem nad tym rok i chyba efekt słychać. Ja się jaram.

Jako kolekcjoner płyt zwracam uwagę na istotny szczegół – okładkę. U Ciebie zawsze wszystko stało na najwyższym poziomie. Artwork najnowszego LP powala, poprzedni genialnie korespondował się z zawartością, wcześniejsze to też chore jazdy, które idealnie prezentowały to, co jest zawarte w muzyce. Nawet Metro 45’s imponował.

Artwork jest równie ważny, co zawartość na płycie. To, co wyprawia Sainer (siema Przemek) to jest jakiś totalny armagedon. Ten gość ma tak samo nierówno we łbie, co ja. Wiesz, poza tym wydania winylowe zawsze powinny trzymać fason. Kurde, dziś chłopaki z QSR dorzucają stickery, plakaty, karty z download codami, co kosztuje, a mimo to wszystko pchamy po kosztach. U know, zero zysku, a odpalasz pierwszy lepszy sklep, a tam podwójne LP niekiedy grubo ponad 100 PLN. Być może jesteśmy nienormalni i robimy to z pasją, a nie dla konkretnego sosu, dlatego decydujemy się, by płyty spod znaku Queen Size Records wyglądały zapierdolczo. I tego zamierzamy się trzymać.

No właśnie, Queen Size Records. Mały label ukierunkowany na niewielką liczbę odbiorców, ale wiedzących czego chcą i „wiernych”. Był już mainstreamowy w polskich warunkach hip-hopowych Asfalt, był nieodżałowany Qulturap, Polskie Karate pojawiło się w katalogu Embryo. Teraz jest QSR. A gdybyś dostał tak propozycję z innej oficyny? Niekoniecznie polskiej.

No wiesz, ja w QSR jestem od 2008 roku, kiedy razem ruszaliśmy. Polskie Karate pokazuje, że nie muszę być związany jakąkolwiek umową z kimkolwiek, u know? W zasadzie Queen Size to niemal rodzinny interes, bo Waco i Radek to moi ludzie od lat, więc między nami spoko. Być może niebawem pojawi się pewien projekt w innej wytwórni, co nie zmienia faktu, że w QSR będę do końca moich dni. Dziś nie wyobrażam sobie sytuacji, że jakiś inny label wyda winylową płytę z takim pierdolnięciem. Nie ma takiej opcji, jesteśmy jedyni w swoim rodzaju. Działamy tak długo, że mogę stwierdzić, że family i luźny biz jest możliwy. A czy skorzystałbym z międzynarodowej propozycji? Pewnie tak, ale podpisany jako Metro Queen Size Reprezentant!

A nie żałujesz że trafiasz do tak małej grupy odbiorców? Kilkaset osób plus ileś tam, które chcą, które też się o Metro dowiedzą i będą chciały słuchać. Odsłuchy online, niekoniecznie z legalnych źródeł to nie to samo. Ja sam miałem problem ze zdobyciem Metroit City. Mocno bym żałował, gdyby nie znalazło się to w moich zbiorach.

Tak, jak mówiłem Ci wcześniej. To świadomy wybór. Uwierz mi, że gdybym chciał, to już dawno działałbym w pewnej znanej krajowej wytwórni, która skupia wielu rap graczy. Ale po co? Nie potrzebuję świecić ryjem, robić numerów z ludźmi, których twórczości nie znam. Walą mnie lajki, liczby wyświetleń etc. Wielu puka się w czoło i mówi, że „Metro, Ty to kurwa głupi jesteś”. Hajs się musi zgadzać, więc korzystaj. Heh, ja mam normalną pracę, rodzinę, dzieciaki. Mam co do gara włożyć, a to co robię, to ogarniam hobbystycznie, z pasji. Nie mam ciśnienia, wydawca nie ściga, nie ma terminów etc. Oczywiście, miło jest posłuchać/poczytać, że Metro rozjebał kolejną płytą, ale nie świruję. Mówię Ci, jak ja tu, kurwa, nie pasuje. Nie lubię imprez, koncertów, a kręcąc klip do Blunted… to byłem posrany, że głównie będzie widać tam mój ryj. Daaaamn, to jest najgorsze. Ja na serio cieszę się, że mam takich około tysiąca turbo fanów. Także piona dla nich.

Jest u Ciebie dużo drobno ciętych sampli czy znakomicie dobranych cutów. Nie myślałeś, żeby zrobić jakiś mix z „bazą”, która posłużyła Ci do tworzenia albumów? Albo reinterpretacje na swój sposób ulubionych kawałków ulubionych producentów, coś jak Niewidzialna Nerka. Ja widzę też Ciebie wchodzącego do starej piwnicy, grzebiącego w Polskich Nagraniach i efekcie w postaci polskiego Shades of Blue.

Może kiedyś się ogarnę i popełnię coś takiego oficjalnie. Pamiętam, jak przy Polskim Karate zrobiłem taką kompilację numerów, z których samplowałem i pamiętam, że Janek się jarał. Może to rzeczywiście dobry pomysł, by coś takiego ogarnąć.

Wiesz, Twoja muzyka też jest bardzo filmowa. Nie wiem czy znasz taki polski projekt jak The Way of the Dragon Mołotofa. Soulowe i funkowe sample, które w jakiś tam sposób tworzą obrazy w głowie odbiorcy. Polskie muzyczne blaxploitation w Twoim wykonaniu to byłoby coś.

Oczywiście, że ten projekt kojarzę. Kiedyś głośno mówiłem o tym, że chciałbym zrobić LP coś na wzór płyty z muzyką filmową. Wiesz, main theme, love them, fight theme, etc. Może kiedyś. Może też kiedyś popełnię jakiś soundtrack do fabuły lub dokumentu. Byłoby grubo, ale chyba mnie z tą fabułą to poniosło.

Co po Blunted Album? Przerwa czy „długo czekać nie będziecie”?

Powinno się sporo dziać. Kilka gościnnych udziałów plus duży projekt, o którym może być głośno. Nie leniuchuję, nie próżnuję, ale bez spiny. Jak mam czas, to siedzę w swojej rapkanciapie, a jak nie mam czasu, to nie robię. Proste. Każdemu życzę takich możliwości, bez deadline’ów, terminów, telefonów od wydawców. To dobre dla zdrowia psychicznego.

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, pijarowiec, prowokator.