Grande

bale

Jak to ujął jeden z moich ulubionych polskich dziennikarzy zajmujących się moją miłością: „mecz wielki, ale brzydki”.

To nie będzie finał, który będę rozpamiętywał do końca życia. On nie ma nawet do tego podstaw. Odkąd „na poważnie” oglądam finały Ligi Mistrzów, czyli od pamiętnego (mam wrażenie, że bardziej dla mnie i kibiców niemieckich) meczu Borussii Dortmund z Juventusem Turyn w 1997 roku, widziałem wiele lepszych i ciekawszych. Jak łatwo policzyć, to mojej przyjaźni z walką o najważniejsze klubowe trofeum w tym roku wybiła pełnoletność.

Podchodziłem bardzo neutralnie do tego meczu. Nie jestem wiernym kibicem żadnej z drużyn, ale chciałem, żeby wygrał team dowodzony przez Diego Simeone, ponieważ mam do niego olbrzymią sympatię, jeszcze z czasów jak sam kopał piłkę. Liczyłem po prostu na dobry futbol i takiego przez większość spotkania się nie doczekałem. Niestety. Całego finału nie będę wspominał latami, ale to co już na zawsze pozostanie w mojej pamięci to 93 minuta tego wydarzenia. Po raz kolejny świat zobaczył, jakim traumatycznym sportem może być piłka nożna. Podążając hasłem Michała Okońskiego – futbol jest okrutny. W żadnym wypadku nie twierdzę, że Real nie zasłużył na zwycięstwo, wręcz przeciwnie, bo wyraz ku temu dało ostatnie 30 minut regulaminowego czasu gry, ale od razu przypomniały mi się katalońskie obrazy sprzed 15 lat, czyli pojedynku Manchesteru United z Bayernem Monachium.

Dla mnie było to bezpłciowe z fenomenalną końcówką. Do jakiejś 60, może nawet 70, minuty przypominały mi się od razu pojedynki Milanu z Juve, Bayernu z Valencią czy ponownie Bawarczyków, tym razem z Chelsea. Swoje miejsce w annałach jednak lizboński finał znajdzie, bo jak to powiedział sir Alex Ferguson: „football, bloody hell”.

Wzajemne badanie, brak pomysłu, odliczanie do końca i La Decima, czyli obraz tego, co widziałem wczoraj ze znajomymi w swoim domu. Pięć osób: trzech maniaków, jeden neutralny i jeden, który kompletnie się tym nie interesował. I nie ruszyło go nawet to, że końcówka potoczyła się tak, a nie inaczej. A ja? Zapamiętam walkę o każdą piłkę graczy Atletico, główkę Ramosa, spokój Marcelo i być może mecz życia Di Marii. I oczywiście wynik, ale on tutaj nie jest najbardziej istotny.

Zdjęcie / photo: Kai Pfaffenbach / Reuters [1]

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, pijarowiec, prowokator.