Fonetyczna Estrada #10: pożegnanie z klasą

14007952642_10e38cc923_h

Smutno się trochę robi, kiedy wiesz że powoli przygoda z Fonoteką dobiega końca. Świadomie czy też nie, ale postanowiła się pożegnać ze słuchaczami w najlepszy możliwy sposób. Pomyśleć tylko, że z początku wydawało się, że ósemka to nic innego jak żart ze słuchacza.

Nie mam bladego pojęcia czy w 2014 roku ludzie stojący za Fonoteką wiedzieli już, że jej nie będzie. Ciężko powiedzieć czy mieli taki zamiar, czy po prostu dojrzewali do tej decyzji, ale trzeba pogodzić się z tym, że ta zacna seria dokończyła swojego żywota, a przynajmniej w takiej formie jaką znamy. Nie byle jak, bo w najpiękniejszy możliwy sposób przy okazji racząc wszystkich fanów odrzutami, które wiele nie ustępują natywnej części oraz remixami, które osobiście uważam za najlepszą tego typu inicjatywę w historii rodzimego hip-hopu.

Początkowo wcale nie byłem zachwycony poziomem. Jest zupełnie inaczej jak na poprzedniej części, która była momentami roztańczona do granic możliwości. Tutaj, powiedzmy że podsumowując całość, mamy do czynienia z wszystkim tym, co było obecne z plakietką Estrada Nagrania na przestrzeni kilku lat. Tańca za wiele nie ma, ale są za to doskonałe skity, jest trochę progresji, easy listeningu oraz prawie 19 minutowa suita. Stare twarze wymieniają się z tymi nowymi, a dzięki tym pierwszym, które wróciły po jakimś czasie, słuchacze mieli okazję poznać kilka miesięcy wcześniej to, co będzie dominowało na Art Brucie Pro8l3mu.

Nie jest wykluczone, że jest to najtrudniejsza w odbiorze część, ale też taka, która daje najwięcej satysfakcji. Nie chwyta za pierwszym razem, ale jak porwie to nie chce wypuścić. Ciężko jest też ją jednoznacznie porównać z czymś wcześniejszym, bo o ile z poprzednikami nie było większego problemu, ponieważ różniły się tylko detalami, to tutaj jest już coś zupełnie nowego. Tak na zakończenie… Szkoda.

Najlepsze momenty:

5. „Kosmodrom”, który jest być może największym zaskoczeniem w historii serii.

4. Wodeckiego nigdy dość, zwłaszcza z debiutu. Trzeba też przyznać, że pasuje tutaj idealnie i aż dziw bierze, że nie zwrócili na niego wcześniej uwagi i nie ulokowali na takiej szóstce.

3. Jeden wielki tryptyk: prawowita część – odrzuty – remixy. Ideał. Wszystko ze sobą się komponuje przecudownie.

2. Najdłuższa przerwa pomiędzy zwykłymi częściami, która trwała blisko 3 lata. Selekcja okazała się doskonała.

1. Najlepsze jest to, że ukazało się to oficjalnie na kompakcie. Tanio nie było, bo razem z wysyłką z Kanady kosztowało 40 zł, ale takich materiałów nie przelicza się na pieniądze. Bezcenne.

Specjalna skala ocena dla serii Fonoteka: 10/10

fonoteka 8 remix

O remixach wspominałem już trochę tutaj, więc teraz bym się powtarzał. Zostawię dla potomnych tylko i wyłącznie tych 5 punktów poniżej, a i robię to w nadziei, że kiedyś doczekam tego momentu, że będę miał wydanie fizyczne tego CZEGOŚ. To chyba tłumaczy najlepiej moje oddanie dla tej części, a i całej serii.

Najlepsze momenty:

5. Idealne wyważenie całości. Materiał trwa trochę ponad godzinę, a znajdujemy na nim łącznie 41 produkcji. Średnio trochę ponad minuta na jedną. Najkrótsza trwa 11 sekund, najdłuższa ponad 4 minuty.

4. Najwięcej nowych twarzy, z których lwia część spisuje się wręcz doskonale. Szkoda tylko, że robi niewiele na co dzień i ich obecność na innych płytach jest… a w zasadzie jej nie ma lub jest bardzo głęboko zakorzeniona w undergroundzie. Nikaragua Guacamole dla przykładu. Róbcie coś wszyscy, proszę…

3. Doskonała forma stałych bywalców.

2. Być może największy miszmasz gatunkowy, jakiego kiedykolwiek w historii serii podjęli się producenci.

1. Najlepszy polski materiał z remixami ever. Punktów słabych brak.

Specjalna skala ocena dla serii Fonoteka: 10/10

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

2 komentarze

Zostaw odpowiedź