Fonetyczna estrada #1: prawdziwe intro

fonoteka

Tydzień temu zapowiadałem cykl, w którym to będę chciał w jakiś sposób przybliżyć wam doskonałą inicjatywę, którą jest Fonoteka. Zanim przejdziemy do sedna zapraszam na małe intro, w którym to przedstawię kilka (nie)istotnych informacji, które być może będą miały wpływ na następne teksty.

Może daliście się złapać na to, że ta introdukcja może mieć wpływ na cokolwiek, więc już mogę napisać – nie, nie będzie miała wpływu żadnego na nic. Jedyny jej wpływ na pozostałe 10 tekstów (dobrze czytacie, 10 tekstów, każda niedziela przez dwa i pół miesiąca. Pierwotny plan zakładał, że takowych będzie 8, ale postanowiłem zwiększyć ilość. Nie ma za co) jest taki, że otwiera cały cykl. W takim razie co dzisiaj? Ano zanim skupię się i przejdę do najważniejszego, to chciałbym wam przybliżyć historię tego, w jaki sposób się poznałem z Fonoteką. Przypomniałem sobie, bo ostatnio miałem problem odpowiedzieć na te pytanie (i wcale go nie oddalałem, pozdro dla kumatych).

Zaczęło się to w okolicach 2008 roku, kiedy to na poważnie zacząłem interesować się muzyką inną od rapu. Szukałem i szperałem w różnych miejscach. Nie wiem w jaki sposób trafiłem na obecne 77cuts.com (z tego co pamiętam wtedy jeszcze w pasku adresu widniało magiczne słowo „blogspot”. Jeśli nie, niech ktoś mnie poprawi), ale z miejsca zostałem zauroczony. Po pierwsze – sposobem zaprezentowania samej muzyki. Bardzo nietypowym, pisanym jakby 40 lat temu, a jednocześnie będącym tak aktualnym i tak wyrazistym, że jeszcze długo pamiętałem poszczególne frazy. Dodajmy do tego na maksa klimatyczną okładkę – zostałem kupiony. Po drugie (zarazem najważniejsze) – samą muzyką. Nie jestem w stanie teraz określić czy podchodziłem do tego na spokojnie, czy oczekiwałem bardziej jakiejś pustej bardachy etc., ale po pierwszym odsłuchu zostałem zauroczony. Tak bardzo, że na drugą część czekałem jak dziecko na prezenty pod choinką.

Szczerze napiszę, że nie spodziewałem się wtedy, że jedynka będzie jedną z najsłabszych części całej serii. Mało tego, być może nawet najsłabszą, mimo całej swojej świetności. Dwójka, wydana raptem kilka miesięcy po części pierwszej, była już całkowitą jazdą bez trzymanki. Tak samo jak każda następna część i remixy, które dodawały każdej kompilacji należytego kolorytu i były świetną odskocznią od coraz bardziej skostniałej ówczesnej rapowej sceny. O każdej będę pisał co niedzielę, więc nie ma sensu, żebym się teraz produkował i przeklejał treści z gotowego już wpisu. Ani honor, ani nawet lenistwo mi na to nie pozwalają.

Miłość przyszła bardzo szybko i trwa do tej pory. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak zajebiście się poczułem jakieś półtora roku temu, kiedy na „rynku wydawniczym” pojawiła się póki co ostatnia pełnoprawna część serii i jak bardzo smutny jestem z powodu braku „dziewiątki”. Wiecie co jest jednak w tym wszystkim najważniejsze? To, że ta seria nauczyła mnie jednej, bardzo ważnej rzeczy. Nie wystarczy polegać tylko i wyłącznie na rekomendacjach, ale warto też szperać samemu. Godziny szukania zawsze zostaną wynagrodzone jakąś perełką. Bo zapewne gdyby nie to, to dalej bym czekał aż jakiś <wstaw sobie dowolne imię> podpowie mi, że istnieje coś tak zajebistego jak Estrada Nagrania… A jak bardzo jest to zajebiste to zobaczycie na przykładzie orkiestralnego rozkładu trzech części naraz…

PS

Żeby doskonale wczuć się w cały klimat, który oferuje Estrada Nagrania sprawdźcie koniecznie to.

Zdjęcie/photo: Paweł Falkowski via flickr.com

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Zostaw odpowiedź