Czuję się staro. There is Only Now – recenzja

souls of mischief only

Ktoś sobie coś założył. Udało mu się to w 100%.

Nie wiem czy kiedykolwiek pisałem coś o swoich wrażeniach związanych z 93 ‚Til Infinity. Przeszukałem dysk twardy z myślą, że może mam w swoich archiwach jakiś tekst na ten temat, ale nie znalazłem nic. Cóż, może napisze kiedyś coś więcej o tej płycie i o tym, jak wpłynęła ona na moje postrzeganie rapu i hip-hopu w ogóle. Jedna z nielicznych, które naprawdę zmieniły moje podejście do gatunku, a i wspomnę, że jest także jednym z niewielu albumów z rapem, które oceniłem na maksymalną liczbę gwiazdek na RYMie. Do czegoś to zobowiązuje, prawda?

Późniejsze dokonania Souls of Mischief też mi się podobały, a taka Montezuma’s Revenge to jedna z moich ulubionych pozycji 2009 roku. Kilka lat temu psioczyłem tylko na No Man’s Land, z którego nie pamiętam nic, więc wskazany byłby powrót do tej produkcji z 1995 roku. A jak solówki? Były z reguły niezłe. Opio to mój ulubieniec ze składu i właśnie jego dokonania są mi najbliższe. My Last Good Deed A-Plusa też było całkiem, całkiem, od Phesto nie pamiętam nic, a Power Movement Tajaja było najzwyczajniej w świecie chujowe i nie warte tych kilkunastu złotych przeznaczonych na winyl i cedek.

Dobra, skupmy się na tegorocznym dziele, które ujrzało światło dzienne kilka dni temu, czyli There is Only Now. Oni rapować potrafią i od ponad 20 lat się to nie zmieniło. Technika taka, że większość nowych raperów może im tego pozazdrościć. Fajnie wymieniają się wersami, mają niezłe przyśpieszenia i typowe dla siebie teksty. Taki rap, który obecnie nic nie wnosi i nie jest niczym specjalnym, ale nie ma potrzeby go hejtować bez powodu.

Fajnie, że pojawia się Ali Shaheed Muhammad (koniecznie sprawdźcie solo z 2004 roku, bo to na maksa niedoceniona rzecz), dobrze że jest Snoop, który udowadnia, że potrafi odnaleźć się wszędzie i niedobrze, że jest Busta, którego po prostu nie lubię i gardzę jego całą twórczością.

Podobnie jak ekipa Souls of Mischief, typowy dla siebie jest producent – Adrian Younge. Typowy w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Hegemon, jeśli chodzi o tego typu produkcje w dzisiejszych czasach i świetnie się stało, że pojawiła się także płyta z samymi instrumentalami. Trochę staroświeckie to, dzisiaj kompletnie niepasujące do świata i nie trafiające w trendy, ale czy to ważne? Ważna jest tutaj radość z tworzenia i ujawnia się ona z każdym instrumentem i samplem wykorzystanym przez Younge’a. Odskocznia od cloudów, trapów, synthów i cykaczy, która sprawiła, że sięgnąłem od razu po Teddy’ego Pendergrassa. I jego robota podoba mi się bardziej jak ta Prince Paula sprzed 5 lat.

Tacy starzy, a tak rapują. Album dla zgredów, małolaci nie mają tutaj czego szukać. Ci, co tęsknią i płaczą za ciepłymi samplami poczują się jak w niebie. Ja też nie z tych, bo wolę wracać do „tamtych” płyt, a nie słuchać nowości odwołujących się do lat świetności, ale… zostałem kupiony. Trochę prywaty może tu weszło, bo od razu mam przed oczami ich najlepszy klip do ich najlepszego utworu i być może najlepszego utworu gatunku, no ale wiecie sami. Sentyment tutaj wygrał. I Adrian Younge.

8

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Zostaw odpowiedź