Chlanie, ćpanie i strzelanie

gta 5

Czekałem tak mocno, jak prawiczek na swój pierwszy raz. A może i mocniej. Wczoraj minął równy rok od premiery gry tysiąclecia.

Grą tysiąclecia piąta część Grand Theft Auto jest zapewne nie tylko dla mnie. Wiecie, jedni lubią popatrzeć na koniki, drudzy budować wielkie cywilizacje, a inni strzelać i robić wiele innych fajnych rzeczy, wzorowanych na amerykańskich filmach sensacyjnych lat 80. Taki u mnie klimat.

Ja ocenę końcową może odbieram trochę inaczej, bo jestem wielki fanem serii (chociaż do psychofaństwa mi niezmiernie daleko), ale też wiele wątków fabularnych i postaci zapomniałem. Niemniej jednak zeszłoroczny odcinek totalnej gangsterki uważam za najlepszy, jaki kiedykolwiek ujrzał światło dzienne. Wrażenie spotęgował fakt, że byłem nawet na nocnej premierze, co w przypadku innej gry, nie miałoby u mnie miejsca. No chyba, że byłaby to trzecia część Baldur’s Gate, ale tego już nie będzie w takiej formie, jakiej bym sobie życzył…

Przygody Trevora, Michaela i Franklina ukończyłem w średnio-długim czasie. Zajęło mi to ok. 40 godzin, ale ten czas był bardzo dobrze spożytkowany. Jest to jedyna część serii Rockstara, która fabularnie jest przekotem. Wszystko jest spójnie, bohaterowie nader ciekawi, misje również (co nie oznacza, że nie są odkrywcze, bo na dobrą sprawę są zrobione na jedno kopyto, ale z wielkim urokiem). Mechanika, teren działań, ukryte smaczki. 10/10.

Od momentu wyboru końcowej decyzji Franklina, gry nie uruchomiłem w singlu ani razu. Multiplayer jednak mnie nie porwał, ale… wielkimi krokami zbliża się ulubiona pora do grania, więc pewno w Los Santos nie będzie spokojnie, skoro tam wkroczę.

Wielkie, nieskazitelne i monumentalne arcydzieło. W pewnym stopniu ucieleśnienie wszystkich marzeń każdego chłopaka mającego w domu magnetowid. I nie tylko.

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Zostaw odpowiedź