Byłem na Audio, czyli jak było na innym płockim festiwalu

fot. materiały prasowe Audioriver

Klasycznie. Jak co roku. Byłem na Audioriver.

Dwa dni (a w zasadzie trzy, bo część osób bawiła się jeszcze w niedzielę podczas Sun/Day) minęły bardzo szybko. Jak zwykle nie można przyczepić się do organizacji (bardzo dobrze), doboru line-upu i… publiczności, która robi klimat całego eventu. Różne języki, różni ludzie, wspólny cel – zabawa przy najlepszej elektronice w każdej swojej formie. Może z kilkoma brakami, ale na szczęście nie tak kluczowymi, żeby wpłynęły na ogólną ocenę tegorocznej edycji.

Audioriver to jest marka i nie tylko czołówka festiwali w Polsce, nie tylko dlatego, że rokrocznie zaglądają tutaj największe światowe gwiazdy. Oczywiście jest też miejsce dla naszych „elektroników”, ale początkowo odniosłem wrażenie, że w tym roku zostali potraktowani trochę po macoszemu i było ich trochę mniej. Błąd. Zapewniam – to było tylko początkowe wrażenie. Cieszy mnie też to, że część krajan dała jedne z najlepszych koncertów podczas tegorocznej edycji.

Koncertów widziałem trochę mniej niż zwykle, z różnych powodów (niestety, ale nie widziałem Seltron 400 Live), ale trafiałem całkiem nieźle. Jakoś wybitnie nikt mnie nie zaskoczył, ale też przesadnie nie zawiódł. Świetnie wypadli Maribou State, którzy w połączeniu z wizualizacjami zrobili piorunujący efekt, a często piosenkowa forma wnosiła sporo kolorytu. Nasi Catz’n’Dogz nie zawiedli, oddali hołd Korze i zagrali… dwukrotnie. Na duży plus jeszcze klasycznie dobry Gorgon City Live, Daef Can Dance i… strój Piotra Bejnara.

Można przyczepić się do nagłośnienia niektórych koncertów, bo te nie pasowało mi na Glitch Mob. W namiocie o wdzięcznej nazwie Kosmos było tak duszno, że nie dało się wysiedzieć dłużej niż kilka minut. Scena True Music Stage była bardzo klimatyczna, jednak… do niczego się nie nadawała. Ni to potańczyć, ni to pogadać. Bardzo fajnie, że organizatorzy w tym roku postawili na więcej popowych klimatów (Rosalie., Maribou State, Bonobo), na rynku starego miasta znowu działo się wiele dobrego, ale na samym terenie festiwalu mogłoby się przydać jeszcze więcej atrakcji. Wtedy byłoby idealnie, a tak Audioriver 2018 był taki, jak sety i występy Maceo Plexa i Woo-York – bardzo dobry. Aha, strona internetowa Audioriver 2018 choć ładna, nie jest zbyt intuicyjna. A szkoda.

5 najciekawszych koncertów tegorocznego Audioriver to:

Rosalie.

Okej, moje największe zaskoczenie. Początkowo miałem obawy, czy autorka Flashbacku będzie pasowała do klimatu i specyfiki Audioriver, jednak okazało się, że były bezpodstawne. Publiczność może nie była oszałamiająco duża, ale widać było, że bawiła się znakomicie. Sama wokalistka również dobrze odnalazła się na głównej scenie. I ten dziewczęcy urok!

Bass Astral x Igo

Tak zapowiadali, że się rozpadają, że robią od siebie odpoczynek i wrócą za jakiś czas, ale… na szczęście zdołali dać według wielu najlepszy koncert Audioriver 2018. Podobnie jak w przypadku Rosalie. – były obawy, czy Bass Astral i Igo to dobry ruch, jednak charyzma wygrała. To było dobre, zróżnicowane i zwyczajne fajne.

Bonobo

Marka, po której… nie wiadomo było czego można się spodziewać. Wyszło jednak więcej niż dobrze i Brytyjczyk swoim klimatem zrobił wielką robotę. Można było zapomnieć o starszych rzeczach – muzyk prezentował najczęściej swojej ostatnie dokonania i to przy pomocy grupy instrumentalistów.

Damian Lazarus & The Ancient Moons

Kolejny płocki klasyk, bez którego ciężko już sobie wyobrazić każdą kolejna edycję Audioriver. Czy było coś nowego? Niewiele. W takim razie, dlaczego warto wyróżnić Damian Lazarus & The Ancient Moons? Ponieważ podobnie jak Gorgon City to esencja klimatu festiwalu i zawsze robi wrażenie. A jak ktoś kiedyś powiedział – najlepsze są te piosenki, które już znamy.

Jan Blomqvist

Wielu ostrzyło sobie zęby na występ Berlińczyka i jego świty, wszyscy chodzili i o tym gadali. Na szczęście rzeczywistość nie okazała się brutalna i Niemiec ze swoim bandem zachwycili zgromadzonych. Zdecydowanie jeden z najbardziej tanecznych koncertów na głównej scenie z domieszką wyjątkowości i unikalności.

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Zostaw odpowiedź